Festiwal Mody

Rozmowa z Jolantą Kozak

Jolanta KOzak

- Zasady dziennikarstwa nakazują przedstawić rozmówcę, ale zupełnie nie wiem, co napisać. Żadna prawdziwa wizytówka nie będzie kompletna. Bizneswoman – brzmi pretensjonalnie; wydawca lokalnej prasy od ćwierćwiecza – nieco postarza; założycielka agencji modelek – nie obejmuje roli organizatora pokazów mody….

– Jolanta Kozak wystarczy, można ewentualnie dodać imię Maria…

- Bo ma jakieś szczególne znaczenie?

– Nie, ale ładnie brzmi, jak każda fraza trzywyrazowa. Z pierwszego wykształcenia jestem polonistką, moja pierwsza praca to etat nauczycielki w Liceum Wojskowym – wciąż zwracam uwagę na ładną polszczyznę.

- Od nauczycielki w prowincjonalnym liceum do organizacji międzynarodowego festiwalu mody daleka droga…

– To nie było liceum „prowincjonalne” – to było bardzo dobre liceum, usytuowane z dala od centrum. Historia jednak uczy, że najbardziej interesujące dzieła, wydarzenia, przedsięwzięcia – powstają na pograniczu. Gdzieś „pomiędzy” narodami, terytoriami, kulturami. Nie lubię tego pejoratywnego nacechowania słowa „prowincja”, pobrzmiewa w nim pycha wielkomiejskiego blichtru.

- Jednak, żeby robić wielki festiwal w mieście, o którym zapomniany poeta mówił, że jest tu stare zamczysko, trzy karczmy, bram cztery ułomki, klasztorów dziewięć i gdzieniegdzie domki…

- Może „Monachomachia” dlatego została zapomniana, że Ignacy Krasicki nie potrafił dostrzec potencjału Lublina? Chociaż to wciąż się zdarza. Przed rokiem rozmawiałam z wiceprezydentem Łodzi, Ireneuszem Jabłońskim, który również wyrażał życzliwe zdumienie pomysłem, że Lublin mógłby być miastem mody. Wtedy, jako argument posłużyła mi książka „Modni. Od Arcadiusa do Zienia” – obydwaj światowej sławy projektanci pochodzą z Lubelszczyzny. Dziś mogę dodać jeszcze jedno nazwisko. Rozmawiamy nieopadal „Koziołka w dżinsach” i ulicy Narutowicza, przy której w 1970 roku mieszkańcy Lublina mogli zobaczyć „Ból Tomka Kawiaka” – akcję, podczas której zabandażował okaleczone przez służby miejskie drzewa. Tego samego roku wyjechał do Paryża, gdzie kontynuował artystyczną edukację w Ecole des Beaux-Arts, a teraz cały świat zachwyca się jego „Maszerującymi jeansami”. To „chłopak z Lublina” przemówił do całego świata językiem mody.

- Jednak „światowy język mody” też nie ma teraz najlepszej opinii. Julia Roberts zaszokowała i zachwyciła wszystkich przechodząc boso po czerwonym dywanie najważniejszego festiwalu świata.

– Julia Roberts? To ta aktorka, która zdobyła popularność w filmie „Pretty Woman”? Bohaterka łzawej historii, uczącej młode dziewczyny, że „szata zdobi człowieka”, a nawet, że dzięki odpowiedniemu ubraniu można znaleźć lepszą pracę? I teraz nam pokazuje, że jeśli ma się wystarczająco dużo czasu i pieniędzy, można być „wiecznie młodą” i wypielęgnowaną stópką stąpać po miękkich kobiercach? Ciekawe kto i jakimi kosmetykami robił jej pedicure?

Cóż, zazdrość to grzech, więc nie zazdroszczę. Niemniej jako „kobieta pracująca” mam świadomość, że większość z nas musi chodzić twardo po ziemi, co wymaga miękkich, wygodnych butów i miło by było, żeby udało się kupić ładne, a nawet eleganckie. Przecież wszyscy wiemy, że wysokie obcasy, dodające nogom smukłości, szybko można zamienić na balerinki, które można kupić „za grosze” w pierwszym lepszym supermarkecie.

- W sieci krąży filmowy dokument „The true cost”, dowodzący bolesnej „ekonomii odzieżowej” – zestawiąjący obrazy ze światowych pokazów mody. z obskurnymi azjatyckimi warsztatami krawieckimi, gdzie szwaczki pracują w warunkach urągających godności ludzkiej. Modowy biznes nie ma teraz dobrej prasy.

– W „Diabeł ubiera się Prady” Anna Wintoure została pokazana jako nieomal demoniczna dyktatorka. I od czasu powstania tego filmu, także dokumentaliści i obrońcy praw człowieka chcą zarobić na miejsce w panteonie sławy, szukając wyzysku w przemyśle odzieżowym. Ja również przychylam się do filozofii Fair Trade, również jestem za sprawiedliwym handlem, również wiem, że przemysł odzieżowy obsługiwany jest przez długi i skomplikowany łańcuch dostaw, łączący ludzi w różnych krajach na całym świecie. Przeciętnie T-shirt, by trafić do konsumenta, musi pokonać 19 000 km, czyli odległość równą prawie połowie długości równika – to nie jest dobre dla środowiska.

To jeden, chociaż wcale nie najważniejszy powód, dla którego organizuję Międzynarodowy Festiwal Mody East Fashion. Jestem typowym przykładem – po angielsku to ładniej brzmi – „self-made woman”, zaczynałam od zera, razem z polską transformacją. Nie wiem, czy wtedy było trudniej czy łatwiej niż teraz, wiem jednak, że na początku drogi zawodowej – zawsze jest ciężko. Teraz wiem też, że stabilna pozycja w biznesie nie dość, że jest ulotna, to jeszcze unicestwia młodzieńczy entuzjazm. Dlatego East Fashion będzie miejscem spotkania projektantów o ugruntowanej już pozycji z „młodymi wilkami”, szukającymi swojego miejsca na rynku. Będzie też miejscem spotkania wschodniego przepychu z zachodnim, ascetycznym wzornictwem.

Moda w demokratycznej Polsce zaczęła się na bazarach – najpierw były tak zwane ręczniaki, następnie „szczęki”, a po kilku latach powstały małe butiki. Potem przyszły sieciówki i galerie handlowe, w których moda z metką: „Made in Poland” nie znalazła miejsca. Nie było też miejsca na rodzimy kunszt krawiecki.

Na Lubelszczyźnie są jednak doskonałe firmy odzieżowe, dające zatrudnienie mieszkańcom regionu. W ubiegłym roku oddano do użytku dwa piękne obiekty: Lubelskie Centrum Konferencyjne i Centrum Spotkania Kultur. Tam się spotkamy, aby podziwiać polską modę – zapraszam.

pod koziołkiem

Ewa Dziadosz

fot. Ewa Durakiewicz- Wartacz